teksty i obrazy

Strefa zrzutu zawiera recenzje pobieżne, pisane naprędce na kolanie i wrzucane w internet bez korekty, bez dyscyplinowania słowa. Stworzyłam ją z tęsknoty za krytyką z prawdziwego zdarzenia, żywo reagującą na to, co się dzieje w sztuce, umiejętnie oddzielającą ziarna od plew, nie schlebiającą gustom… Może naiwne to. Ale nie zaszkodzi spróbować i przy okazji choć odrobinę ożywić rodzime poletko. W Lublinie w kulturze dzieje się sporo ale oddźwięk w tekstach nikły. Niech więc to miejsce w internecie będzie próbą poszerzenia krytycznego pola (walki). Z racji zamieszkania i małej mobilności koncentruję się na Lublinie. Strefa kontynuuje też tradycję bashartu (świadectwa mocno zakrapianej wędrówki po lubelskich wernisażach), przerwaną wskutek emigracji zarobkowej redaktorów bloga.
Dobrze by było, gdyby kuluarowe dyskusje na wernisażach czy festiwalach znalazły tutaj swoje odbicie. Gdyby moja pisanina mogłaby w jakiś sposób pobudzić ferment, zagrzać do boju, zachęcić do wyrażenia własnej opinii. O to mi tutaj chodzi. Nie zależy mi na poklepywaniu po ramieniu. Jestem gotowa na skrajnie przeciwne opinie ale uprzedzam, że będę się bronić. Strefa zrzutu jest moim miejscem wypowiedzi niezależnym od żadnej osoby czy instytucji, proszę nie posądzać mnie o sterowane panegiryki czy umyślnie negatywne oceny. Piszę ładnie o tym co mi się podoba, o tym co mi się nie podoba też czasem piszę, bo dlaczego nie. Zdarza się, że nie najlepsza wystawa jest w stanie sprowokować do ciekawych wniosków i otworzyć głowę bardziej niż coś co jest bez porównania bardziej wartościowe artystycznie. Ale uprzedzam i podkreślam - to są skrajnie subiektywne oceny. Możecie się ze mną zgodzić, możecie mnie zjechać, nie mam zwyczaju się dąsać, przyjmuję to na klatę. Artysta pokazując swoją pracę w galerii musi się liczyć z tym, że wystawia się na ogląd publiczny - a ludzie na wernisażach komentują, robią zdjęcia i czasem potem piszą. Nie uważam się za totalnego laika w tych sprawach, więc ośmielam się upubliczniać swoje refleksje, a jeśli komuś to nie w smak, trudno.





wtorek, 23 listopada 2010

Historia pewnej dziewczyny. Alevtina Kakhidze


Zazdroszczę Alevtinie Kakhidze. Znalazła sposób, aby spełniać swoje marzenia i zaspokajać (ujarzmiać?) żądzę posiadania (nie posiadając – w klasycznym rozumieniu tego słowa). Zaczęła od rysowania fikuśnych towarów z luksusowych butików w Maastricht. Przyjechała z Ukrainy i oszołomił ją blichtr zachodniego konsumeryzmu. Rysowała przedmioty, które intrygowały ją swoją przedziwną, nadrabianą użytecznością – obrączki na chusteczki, stojaki na kartki pocztowe, gazetniki. W Związku Radzieckim trzeba było ustawić się w kolejce, żeby kupić stół – a tam, w zachodnim raju, były nie tylko stoły wszelkiej maści i faktury ale także najdziwniejsze ozdobniki do tych stołów. Rysunki, które powstały w wyniku tego zachłyśnięcia się przez obywatelkę biednego Wschodu zachodnią kulturą nadmiaru, nie były jednorazowym zapisem. Stały się podstawą licznych instalacji, były kserowane w tysiącach egzemplarzy (na zasadzie analogii z masową produkcją), te egzemplarze lądowały później w gablotach wystawowych, nie tylko galerii ale również w sklepie Prady. Od rysowania małych i stosunkowo tanich rzeczy Alevtina przeszła do bardziej dizajnerskich a potem stylowych. Odkryła domy aukcyjne – zafascynowała ją filiżanka Flora Danica wyceniona na 60 tyś. euro – tak powstała jej seria antykwaryczna. Wartość każdego rysunku odpowiada realnej wartości narysowanego obiektu.
Zabawa Alevtiny przypomina zabawę w zaczarowany ołówek – ale dokładnie odwrotnie. W bajce to co się narysowało stawało się realne, a u Alevtiny to, co realne zamienia się rysunek.


Alevtina mówi (właściwie powtarza za swoim profesorem): We współczesnym świecie możemy kupić wszystko, możemy mieć wiele rzeczy, ale to jest odrażające. W pewnym momencie zaczynasz myśleć, że bardziej luksusowe będzie pozbycie się rzeczy.
Luksus pustej przestrzeni prowadzi do galerii sztuki. Oczywiście można kupować sztukę i ludzie robią to z różnych pobudek. Alevtina sama siebie określa kolekcjonerką. Ale jest kolekcjonerką z wyższej kasty – może mieć wszystko, co sobie narysuje. Chce pracę Cindy Scherman – przerysowuje ją. Cindy zrobiła tylko trzy edycje tego projektu – więc Alevtina kseruje swój rysunek jeszcze dwa razy. Co dalej czeka naszą bohaterkę w jej pogoni za egzotyką, próbą dotknięcia niedotykalnego? Jakiś czas później Alevtina wymyśliła sobie, że poleci prywatnym samolotem. I poleciała, w asyście fotoreporterów, fotografów i bloggerów. Pozwoliła sobie wówczas na luksus nie-dokumentowania, a więc podczas podniebnej podróży nie powstał żaden rysunek. Zostawiła dokumentację swoim towarzyszom.
I taka jest w skrócie historia przebiegłej dziewczyny z bloku wschodniego, która wzięła przebojem zachodni świat sztuki.
Można patrzeć na to w kategoriach kontrolowanego buntu, wirusa w systemie, który z czasem zostaje przezeń oswojony i przygarnięty, jest w tym jakaś sprzeczność i jakiś paradoks, z czego Alevtina doskonale zdaje sobie sprawę. Nie można na pewno odmówić jej pasji i niespożytej energii. Życie artystki, która jeździ wciąż po świecie nie jest łatwe dla bliskich i właściwie podlega ciągłym negocjacjom. Od kilkunastu lat Alevtina prowadzi negocjacje ze swoim mężem. Po licznych podróżach po ośrodkach rezydencyjnych na świecie małżonkowie założyli własne centrum pobytów twórczych. To był dobry sposób, żeby zatrzymać ją wreszcie w domu. Mieści się on w Muzychi pod Kijowem. W tym roku projekty nie są najważniejszym kryterium wyboru rezydentów. Ważna jest okazja do spędzania razem czasu i – może również - tworzenia sztuki.



Inscenizowany wykład Alevtiny Kakhidze
"Ewolucja pragnień konsumenckich osiągnęła tempo niemal dziesięciokrotnie szybsze od normalnego"
23.11.2010, g. 19.00
Galeria Labirynt

http://www.alevtinakakhidze.com

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz